Mamy dwóch liderów Pucharu Polski w Maratonach MTB!!!
Kolejna edycja Pucharu Polski w maratonach MTB odbywała się w Łukowie.
Dzień przed zawodami, a w zasadzie także część nocy bawiłem się świetnie na weselu najbliższego kuzyna i wprost ze zgiełku zabawy wyruszyłem około 3 nad ranem na zmagania z czołówką maratończyków po płaskiej trasie zawodów serii Poland Bike.
Wyścig, a właściwie powiedziałbym rajd rozpoczął się od rundy honorowej, na którą musieliśmy dojechać około 5 km do centrum miasta. Nie do końca zrozumiałem przesłanie wykonania owej rundy, ponieważ ani nie zaprezentowaliśmy się dobrze jako rowerzyści ( żeby nie wspomnieć o przekleństwach w peletonie i jeździe po chodnikach), ani też nie rozgrzaliśmy się, ponieważ prędkość dochodziła w porywach do zniewalających 20 km/h.
Właściwe ściganie rozpoczęło się bardzo chaotycznie. Pierwsze kilka kilometrów przejechaliśmy bez pilota i tak właściwie nie wiedziałem czy jedziemy we właściwym kierunku. Ponadto mniej doświadczeni zawodnicy byli tak naładowani adrenaliną, chyba na myśl o rywalizacji z czołówką krajową, którą zwykle oglądają tylko jako kibice, że doprowadzili do kilku wywrotek. Prawdziwe ściganie rozpoczęło się po wjechaniu w pierwsze piaszczyste odcinki trasy. Oczywiście zaatakowali kolarze Mroza, ale utrzymałem się w grupie i jechałem spokojnie aż do rozjazdu dystansów. Doszło na nim do sporego zamieszania, gdyż część zawodników z dystansu Mini przeoczyła go i musiała zawracać. Od tego momentu sytuacja na trasie stała się dużo spokojniejsza i jechaliśmy spokojnie po szerokich dziurawych duktach. Pierwsze poważne ataki rozpoczęły się na 20 km do mety, gdy od naszej 20 osobowej grupki odskoczył Robert Banach. Próbowałem skasować jego atak, lecz niestety pracowałem tylko z Bartkiem Janowskim. Kiedy jednak zrozumiałem że on także nie chce dać z siebie wszystkiego, postanowiłem sam zaatakować i dojść do uciekającego już 5 km Roberta. Dwie moje próby były jednak skutecznie kasowane. Postanowiłem więc jechać od tego momentu bardziej zachowawczo i wtopiłem się w naszą 5 osobową grupkę. Na kilometr przed metą na małym wzniesieniu udało się nam z Bartkiem oderwać na chwilę od grupy, lecz brak zgrania i mocne tempo pościgu spowodowało że i ta próba nie przyniosła sukcesu. Tak więc wydawało się że wszystko rozstrzygnie finisz. Jednak nauczony wieloma wyścigami wolałem spróbować jeszcze raz ataku trochę przed ostatnią prostą. Atak był świetnym pomysłem, gdyż udało mi się zyskać kilka metrów przewagi, wszystko to jednak zniweczyło fatalne oznakowanie końcówki trasy i błędne ustawienie płotków kierujących na metę, które wcale na nią nie kierowały a stały jakoś bezładnie rozstawione i gdy w pełnym pędzie szukam wjazdu na metę okazuję się że na mojej drodze staje mur płotków. Wciskam więc hamulce aby w nie nie wjechać i szukam praktycznie po omacku trasy, bo cóż widzi zawodnik finiszujący. I tak zamiast pięknego wjazdu z podniesionymi w geście zwycięstwa rękami pozostaje mi rozpędzać się z łańcuchem na maksymalnym przełożeniu, a mój błąd wykorzystuje bezwzględnie Bartek Banach. A ja wpadam pół sekundy po nim.
Jednak wg. organizatora mój wzrok bardzo szwankował, tak samo jak migawki w aparatach kibiców, gdyż w wynikach jakimś cudem Bartek przeniósł się w czasie i wjechał na metę półtorej minuty wcześniej.
Pozostałym chłopakom doskonale wyszedł pojedynek z juniorami, który Oskar spokojnie wygrał, a Tomek w walce do ostatnich metrów wywalczył 3 miejsce.